Rozdział III. O wychowaniu moralnem

Rzecz dziwna, że pracując nad wydoskonale­niem systemów wychowania w szczegółach pod względem treści zarówno jak formy, nie zwracamy wcale uwagi na główną, zasadniczą ich wadę, a to tak dalece, iż dotąd nie poznaliśmy nawet głównego desideratum, chociażby tylko jako desideratum. Przy­gotowanie młodzieży do uczynienia zadość wyma­ganiom życia: oto jest cel, jaki w wychowaniu upatrują rodzice i wychowawcy; a szczęściem, przy określeniu wartości przedmiotów wykładanych i do­skonałości metod przyjętych, pierwsze miejsce zajmuje pytanie, czy przedmioty te i metody mogą do celu tego doprowadzić. Z tego to powodu uznano za konieczne zastąpić wychowanie wyłącznie kla­syczne, wychowaniem obejmującym naukę języków nowożytnych i większą daleko liczbę wiadomości praktycznych.  Lecz czyniąc  usiłowania w celu uzdolnienia młodzieży do życia społecznego i to­warzyskiego, nie uznajemy wcale potrzeby poprze­dniego przygotowania dla przyszłych kiedyś ojców i matek.

Ludzie doszli do przekonania, iż dlatego, aby umieć zarabiać na życie, trzeba przejść szkołę cię­żkiej pracy i wielkich wysiłków; obok tego jednak zdają się sądzić, iż dla umiejętności wychowywa­nia dzieci nie potrzeba żadnego poprzedniego przy­gotowania. Młody człowiek lata całe traci, aby zdo­być wiadomości, które stanowią tak zwane »dobre wychowanie«, a panienka kształci się w rozmaitych talentach, aby się nimi w salonach popisywać; gdy tymczasem ani jednej godziny nie poświęca się nauce, która by przygotować ich mogła do go­dnego pełnienia najważniejszego ze wszystkich obo­wiązków: obowiązku prowadzenia rodziny. Dlacze­góż tak zaniedbujemy ten rodzaj nauki? Może dla­tego, iż obowiązek prowadzenia rodziny, tylko rza­dko komu w udziale przypada? Przeciwnie, wia­domo bowiem, iż na dziesięć wypadków, w dzie­więciu przynajmniej, obowiązek ten ciążyć musi na ludziach. Więc być może dlatego, iż tak łatwym jest do spełnienia? Przeciwnie: ze wszystkich czynności człowieka ta niezaprzeczenie jest najtrudniej­sza. A więc może dlatego, iż od każdego młodego! człowieka i każdej panny można się spodziewać, że sami się wykształcą w sztuce wychowywania dzieci? Wcale nie; przedmiot ten jest tak bardzo złożony, iż tutaj najmniej można liczyć na pomoc własną w kształceniu się. Tak więc nie znajdujemy żadnego rozsądnego powodu na usprawiedliwienie, dlaczego nauka wychowywania dzieci nie wchodzi w zakres przyjętego powszechnie kursu nauk.

Musimy przyznać, że nauka o wychowaniu fizycznym i moralnym dzieci jest niezmiernie ważną, zarówno dla rodziców jak i dla dzieci i najodle­glejszej ich potomności. Przedmiot ten powinien następować po wszystkich innych i stanowić w kursie wychowawczym każdego mężczyzny lub kobiety, jakby zakończenie i uwieńczenie nauk. Jak dojrza­łość fizyczną cechuje zdolność płodzenia dzieci, tak dojrzałość umysłową powinna cechować zdolność do wychowania potomstwa. Przedmiotem obejmu­jącym wszystkie inne, a więc przedmiotem, stanowią­cym szczyt wychowania, powinna być teoria i pra­ktyka wychowania.

W braku odpowiedniego przygotowania, wy­chowanie dzieci, zwłaszcza zaś ich wychowanie mo­ralne, musi pozostać w stanie opłakanym. Rodzice albo wcale o nie się nie troszczą, albo mają o niedorzeczne i niedokładne bardzo pojęcie. Najczę­ściej rodzice, zwłaszcza zaś matki, postępują z dzie­ćmi pod wpływem chwilowego usposobienia, nie zaś podług pewnych, stałych zasad. Postępowanie to nie jest wcale wynikiem zastanowienia się nad tern, co może być dla dzieci pożytecznym; lecz tylko wynikiem uczucia, dobrego lub złego, jakiego rodzice w danej chwili doznają, postępowanie więc takie ciągle się zmienia wraz ze zmianą uczuć samych. Jeżeli zaś wiedza wychowawcza matki wspiera się na dawnych zasadach lub metodach określonych, to zasady te i metody albo się czerpią z tradycji przeszłości własnych wspomnień dziecinnych, albo się ich zasięga od nianiek i służących. Są to metody, które zawdzięczać należy nie] wiedzy, lecz ciemnocie i nieuctwu.

Richter, tłumacząc ten stan chaotyczny teorii i praktyki panujący w umiejętności prowadzenia rodziny pisze: »Gdyby można było odkryć i w jedną całość, jako program wychowania moralnego! ułożyć, wszelkie zawiłe i śmieszne pojęcia większo­ści ojców, średnio wykształconych, otrzymalibyśmy całość w rodzaju następującej: lekcja pierwsza: moralność bezwzględną powinienem wykładać dzie­cku albo ja, albo ci, którym to powierzonym zostało; lekcja druga: moralność względną czyli moralność w zastosowaniu do użyteczności własnej; lekcja trzecia: czyż nie widzicie, że ojciec wasz tak] postępuje? lekcja czwarta: jesteście mali, a to przystoi dorosłym; lekcja piąta: troszczcie się głównie! o to, abyście mieli powodzenie w świecie i abyście się dostali na jakie wybitne stanowisko w państwie; lekcja szósta: celem człowieka nie jest życie doczesne, lecz życie wieczne; lekcja siódma:  znoście niesprawiedliwości i bądźcie cierpliwi; lekcja ósma: brońcie się odważnie jeśli was napa­stują; lekcja dziewiąta: miłe dzieci, nie hałasujcie Itak bardzo; lekcja dziesiąta: taki mały chłopak nie powinien siedzieć nieruchomo: lekcja jedenasta: słuchajcie waszych rodziców; lekcja dwunasta: pra­cujcie sami nad wychowaniem waszym«. Co się ty czy matki, to rzecz się inaczej przedstawia. Nie jest [ona podobną do swego męża, ani nawet do owego (arlekina, który zjawia się na scenie z plikami pa­pierów w każdym ręku, a na zapytanie, co ma w prawej ręce, odpowiada »rozkazy«, na zapyta­cie zaś, co w lewej, »rozkazy przeciwne«. Matkę [można porównać chyba do olbrzyma Briareja, któremu by do każdej ze stu rąk, takie pliki papierów dano.

Niepodobna oczekiwać prędkiej zmiany w takim porządku rzeczy. Pokolenia całe wyrosną, za nim stan wychowania moralnego w znacznym sto­pniu polepszyć się zdoła. Systemy wychowawcze, zarówno jak ustroje polityczne, nie tworzą się sztu­cznie, lecz powstają same przez się i zwolna się przekształcają: wzrostu zaś tego i przekształceń niepodobna dostrzec w ciągu krótkich stosunkowo [okresów czasu. Chociaż doskonalenie się tych sy­stemów jest tak powolnym, zawsze jednak wymaga ono użycia środków odpowiednich; i o tychże wła­śnie środkach mówić zamierzamy.

Nie należymy do liczby tych, którzy z lordem Palmerstonem wierzą, że »wszystkie dzieci urodziły się dobrymi i dobrymi są z natury«. Prędzej byśmy się zgodzili ze zdaniem wprost przeciwnym, jak­kolwiek zdanie to również nie da się udowodnić. Nie podzielamy też zdania, że za pomocą umie­jętnie prowadzonego wychowania, ze wszystkich dzieci można zrobić to, czym one być powinny. Przeciwnie, jesteśmy przekonani, że lubo wycho­wanie może wpłynąć na zmniejszenie wad wro­dzonych, nie zdoła ich jednak w zupełności usunąć. Zdanie niektórych osób, które z zapałem utrzy­mują, że system wychowania doskonały zdołałby wytworzyć ideał ludzkości, możemy porównać do zdania Shelley’a, który w poezjach swych mniema, że gdyby ludzkość obaliła stare swe urządzenia i za­pomniała o dawnych swych przesądach, wszelkie niedole natychmiast by się skończyły; — obu tych zdań nie mogą podzielać ci, którzy się głęboko za­stanawiali nad koleją rzeczy ludzkich.

Niemniej atoli możemy współczuć szczerze z oso­bami, żywiącymi te zbyt śmiałe nadzieje. Zapał cho­ciażby nawet do fanatyzmu posunięty, jest bodź­cem bardzo dobrym, a być nawet może, bodźcem niezbędnym. Niewątpliwie polityk nie pracowałby tak gorliwie i nie czyniłby tak wielkich ofiar, gdyby nie był przekonany, że reforma, w imię której wal­czy, jest jedynie pożądaną i potrzebną. Gdyby nie przekonanie, że pijaństwo jest źródłem wszelkich cierpień ludzkości, zwolennik podatku trunkowego nie unosiłby się tak bardzo. W filantropii jak wszę­dzie, podział pracy wielką korzyść wyświadcza; dla­tego zaś, aby podział pracy mógł tutaj istnieć, po­trzeba, aby każdy filantrop był mniej lub więcej oddany swemu specjalnemu zadaniu, i miał prze­sadne o swym dziele przeświadczenie. Dlatego też

O ludziach, którzy wychowanie umysłowe i moralne uważają jako środek zdolny ludzkość od wszelkich nieszczęść uwolnić, możemy powiedzieć, że ich zbyt wygórowane oczekiwania mają też dobrą stronę i że postęp, być może, niezachwianej ich wierze zawdzięczyć należy. Lecz gdyby nawet było prawdą, że przy pomocy jakiegoś, obecnie jeszcze niezna­nego systemu wychowania, ludzkość z czasem bę­dzie w możności kształcenia charakteru dzieci po­dług żądanego wzoru, i gdyby nawet możliwym było zmuszenie wszystkich rodziców do przyjęcia tego systemu: nawet wtedy jeszcze dalecy byliby­śmy od upragnionego celu. Nie pamiętamy o tern, że dla zastosowania takiego systemu potrzebną by była ze strony młodzieży taka zdolność panowania nad sobą, taki rozsądek i dobroć, jakich żaden człowiek nie posiada.

Błąd tych, którzy rozprawiają o systemach wy­chowania domowego, polega na przypisywaniu wszelkich wad wyłącznie tylko dzieciom. W przed­miocie rządzenia rodziną, tak samo jak w przed­miocie rządzenia narodami, ludzie chętnie wszelkie cnoty przypisują rządzącym, wszelkie zaś wady poddanym. Sądząc z teorii wychowania, zdawać by się mogło, iż ludzie przeistaczają się natychmiast i stają się istotami doskonałymi, skoro tylko wy­stępują w roli ojców i matek. Widzimy codziennie, że osoby, z którymi zostajemy w stosunkach han­dlowych, które w świecie spotykamy, są istotami bardzo niedoskonałymi; przeniewierzania się przy­jaciół, tysiączne skandale, bankructwa, procesy, sprawozdania policji: oto dowody powszechnego egoizmu, nierzetelności i niemoralności; a jednak mó­wiąc o wychowaniu dzieci małych, zarówno jak i starszych, przejmujemy jako pewnik, że ludzie, którzy się ich wychowaniem zajmują, i którzy osta­tecznie są właśnie tymi grzesznikami, nie mogą błądzić i są w stosunkach do dzieci moralnie nie­omylni. A zdanie to tak dalece jest błędnym, że z naszej strony nie wahamy się utrzymywać, iż większą część zmartwień i zajść w rodzinie, winie rodziców przypisać należy.

Nie stosujemy tego wcale do osób, gorliwie od­danych sprawie wychowania i umiejących panować nad sobą, do których sądzimy, należy więk­szość naszych czytelników; lecz utrzymujemy, że odnośnie do ogółu, zasada ta jest słuszną. Jakież bowiem wykształcenie moralne może dać matka, która zwykła złośliwie potrząsać dziecko, niechcące ssać piersi — rzecz, którąś my na własne oczy wi­dzieli? Czyż można się spodziewać dobrego przy­kładu od ojca, który słysząc krzyki bolesne dzie­cka, któremu drzwi palec przycisnęły, zamiast doń pośpieszyć z pomocą, zaczyna je bić niemiłosiernie?

Fakt ten opowiada nam świadek naoczny. Oto przy kład bardziej jeszcze wymowny i również na niewątpliwym świadectwie oparty: przynoszą do domu dziecko, któremu na ulicy koło nogę zgruchotało, rodzice zaś w gniewie ćwiczą je rózgami. Jakież może być wychowanie moralne tego dziecka? Za pewne, są to wypadki wyjątkowe, wypadki, które w człowieku zdradzają obecność tego ślepego in­stynktu, który każe dzikim zwierzętom zabijać wła­sne swe słabowite lub skaleczone dzieci.

Lecz, jakkolwiek rzadkie i wyjątkowe, fakty te zawsze są jednak wyrazem uczuć, które pomiędzy wielu rodzicami panują. Czyż rzadko widzimy pia­stunki lub rodziców, którzy biją dzieci z tego je­dynie powodu, że im się płacz ich nie podoba; chociaż płacz ten niewątpliwie spowodowany jest jakimś cierpieniem fizycznym, którego dziecko opo­wiedzieć nie może. Jak często matka gwałtownie podnosząc z ziemi dziecko, które się potknęło i upadło, nazywa je głupim, a to ze złośliwością, która każe przypuszczać, że i w przyszłości czekają dzie­cko równie słodkie wymówki. A surowy ton ojca, który nakazuje synowi spokojność, czyż nie do­wodzi zupełnego niepojmowania usposobienia, w ja­kiem się dziecko znajduje? Czyż nie dowodzi zu­pełnego braku współczucia i wyrozumiałości dla usposobienia dziecka ciągłe zmuszanie go do czyn­ności niemiłych, lub powstrzymywanie go od czynności, przyjemnych, jak np. rozkaz siedzenia nieruchomo, co dla małej ruchliwej istoty jest rzeczą nieznośną i sprawia rozdrażnienie nerwowe. Tak samo broniąc dziecku patrzeć przez okno wagonu, sprawiamy mu przykrość wielką i zmuszamy cierpieć męki Tantala.

Tak więc, niewątpliwie, trudności wychowania moralnego podwójne mają źródło, bo przypisać je zarówno rodzicom jak i dzieciom wypada. Jeżeli dziedziczność jest prawem natury, jak o tym do­brze wiedzą przyrodnicy, i jak o tym świadczą co­dzienne doświadczenia i przysłowia wszystkich ludów; w takim razie, w połowie wypadków, przy­najmniej, błędy dzieci są odzwierciadlaniem błę­dów rodzicielskim. Mówimy w połowie wypadków, ponieważ, prawo dziedziczności jako skomplikowane odziedziczaniem cech przodków bardziej odległych, sprawdza się tylko w sposób ogólny. Jeżeli więc, w połowie wypadków, dzieci wprost po rodzicach odziedziczają pewne cechy moralne i fizyczne, przeto złe skłonności, z jakimi rodzice w dzieciach wal­czyć muszą, niewątpliwie są te, które sami posia­dają. Może się to nie ujawniać na zewnątrz, skłon­ności te mogą być tłumione przez uczucia innej natury, lecz zawsze fakt pozostaje niewątpliwym. Nie powinniśmy się więc łudzić nadzieją, aby ludz­kość doczekała się kiedyś idealnego systemu wy­chowania: rodzice nie będą nigdy posiadali potrze­bnej do tego doskonałości.

Co więcej, gdyby nawet istniały metody dające możność natychmiastowego osiągnięcia pożądanego celu; gdyby nawet ojcowie i matki posiadali prze­nikliwość umysłu, współczucie i panowanie nad sobą w stopniu, potrzebnym do skutecznego zasto­sowania tych metod, nawet wtedy moglibyśmy je­szcze utrzymywać, że niepodobna dokonać reformy w rodzinie przed zreformowaniem wszelkich innych urządzeń społecznych. Na czym bowiem polega cel wszelkiego wychowania? Czy nie na tym, aby dzie­cko do życia uzdolnić, aby zrobić zeń obywatela, któryby potrafił drogę sobie w świecie wyrobić? A utorowanie drogi w świecie (przez to nie rozu­miemy wzbogacenie się, lecz jedynie tylko zdoby­cie środków potrzebnych do wychowania rodziny) czyż nie oznacza właśnie pewnego zastosowania się jednostki do społeczeństwa? Gdyby się nawet udało przy pomocy idealnego systemu wychowania, wy­tworzyć ideał istoty ludzkiej, istota taka niewąt­pliwie okazałaby się niezdolną do życia w takich warunkach, w jakich się świat obecnie znajduje. Bo czyż nie możemy słusznie przypuszczać, że nad­zwyczajna czułość uczuć, niezmierna podniosłość zasad postępowania, zbyt wielka prawość charak­teru, uczyniłyby dlań życie nieznośnym a nawet niemożliwym? I jakkolwiek zdumiewającymi mo­głyby być wyniki takiego idealnego wychowania, dla rodziny jednak i społeczeństwa, istota taka by­łaby zupełnie straconą.

Z wielu powodów sądzimy, że w rodzinie, za­równo jak w narodzie, rząd jest tym, czym być może. W obu wypadkach, rodzaj rządu i jego war­tość odpowiadają przeciętnemu charakterowi jedno­stek. W obu wypadkach doskonalenie się charak­teru jednostek prowadzi do doskonalenia się sy­stemu: i z tego to właśnie powodu utrzymujemy, że nawet gdyby możliwym było wydoskonalenie systemu bez poprzedniego wydoskonalenia charak­teru jednostek, z których się dane społeczeństwo składa, wydoskonalenie to byłoby raczej szkodliwym, aniżeli pożytecznym. Surowe postępowanie rodziców z dziećmi uważać możemy, jako przygo­towanie do surowszego jeszcze postępowania, ja­kiego dziecko w wieku późniejszym od społeczeń­stwa dozna. Śmiało też możemy utrzymywać, iż gdyby było możliwym, ze strony rodziców i wy­chowawców, postępowanie z dziećmi podług zasad doskonałej sprawiedliwości, zupełnego współczucia i wyrozumiałości, postępowanie takie niewątpliwie powiększyłoby tylko cierpienia, jakich ludzie doro­śli pod wpływem egoizmu doznają[1].

»Lecz czy nie nazbyt daleko sięgają te dowodzenia?« spytają nas pewno niektóre osoby. »Jeżeli najlepszy nawet system moralnego wychowa­nia dzieci, nie potrafi zrobić z nich tego, czym być powinny, a to chociażby z przyczyny niedoskona­łości samych że rodziców; jeżeli nawet w razie mo­żności zastosowania tego systemu, wyniki jego wzglę­dnie do teraźniejszego stanu społeczeństwa, mają stanowić szkodliwą anomalią; czyż nie wynika stąd przeto, że ulepszenie obecnego systemu nie jest ani możliwym, ani pożądaniem?« Bynajmniej, wynika stąd tylko, że reforma wychowawcza musi postę­pować równym krokiem z innymi reformami; wy­nika stąd tylko, że metody wychowawcze nie mogą się doskonalić inaczej jak tylko zwolna, częściowo; wynika stąd wreszcie, że wymagania teoretycznej ścisłości w życiu, koniecznie muszą stosować się do obecnego stanu społeczeństwa, zarówno do nie­doskonałości dzieci, jak i rodziców oraz społeczeństwa całego i że lepsze ich wykonywanie zawisło od postępu moralności ogólnej. Lecz w takim ra­zie, odpowiada nasz krytyk, zbytecznym jest i nie potrzebnym zupełnie usiłowanie określenia ideału wychowania domowego. Nie może przynieść żadnej korzyści opracowanie i zalecanie metod, które wy­przedzają chwile obecną.

Ze zdaniem takim również nie możemy się zgodzić.

Chociaż w rządach państwowych zasada spra­wiedliwości bezwzględnej w chwili obecnej nie da­łaby się zastosować, niemniej atoli pożądaną być musi jej znajomość, a to dlatego, abyśmy we wszel­kich zmianach do niej się zbliżać, nie zaś od niej oddalać się mogli. Tak samo w przedmiocie rzą­dów rodzinnych pożyteczną jest znajomość ideału dlatego, abyśmy zwolna przynajmniej mogli się doń zbliżać. Nie należy się obawiać nagłego prze­wrotu, gdyż konserwatyzm ludzki dość jest silnym i nie zgodzi się nigdy na reformy, do których spo­łeczeństwo nie jest dostatecznie przygotowane. Z natury rzeczy wynika, że ludzie nie mogą zrozumieć i w życie wprowadzać zasad moralnych, do których wysokości jeszcze nie dorośli; przyjmują oni te zasady tylko nominalnie, zewnętrznie, nie zaś rzeczywiście; a chociaż nawet zasada została zupełnie zrozumianą, przeszkody, które przy jej urzeczywistnieniu powstają, są tak wielkie, że ich wytrwałość filantropów, a nawet filozofów przezwyciężyć nie zdoła. Możemy przeto być pewni, iż trudności, jakie przy poszukiwaniu właściwej me­tody wychowawczej ludzkość napotka, zdołają za­wsze we właściwym stopniu opóźnić dojście do za­mierzonego celu, a tern samem, od nagłych prze­wrotów uchronić.

Po tych uwagach wstępnych zastanówmy się nad tern, co rzeczywisty przedmiot wychowania moralnego stanowić powinno, oraz jakie są wła­ściwe jego metody. W tym celu kilka słów po­święcimy ustaleniu zasad ogólnych i tutaj zawczasu prosimy czytelnika o cierpliwość; następnie zaś bę­dziemy usiłowali, za pomocą przykładów, wykazać, jak powinni zachowywać się rodzice wobec tru­dności, nastręczających się co chwila przy wycho­waniu dziatwy.

Wiadomo, że dziecko, które wypadło lub ude­rzyło się głową o stół, czuje ból, wspomnienie zaś tego bólu każe mu nadal być ostrożniejszym, po kilkakrotnym zaś powtórzeniu takiego doświadcze­nia uczy się kierować swymi ruchami. Gdy się do­tknie rozpalonego żelaza kominka, gdy rękę posunie do płomienia świecy lub wyleje wrzącą wodę na siebie, oparzenie, jakiego dozna, będzie dlań nauką, którą na długo będzie pamiętało. Je żeli nauka taka kilkakrotnie się powtórzyła, wrażenie bólu staje się już tak silnym, że raz na za­wsze uczy je wystrzegać się niebezpieczeństwa i ciała swego na szwank nie narażać. W wypadkach więc tego rodzaju, przyroda sama, w sposób tak prosty, podaje nam właściwą teorią i praktykę wychowania moralnego. Ludziom, którzy powierz­chownie na rzeczy się zapatrują, może się wydać, iż właśnie taka teoria i praktyka są powszechnie w wychowaniu moralnym przyjęte. Niestety, tak jednak nie jest.

Zwróćmy przede wszystkim na to uwagę, że w kwestii uszkodzeń cielesnych i będącego ich wy­nikiem bólu, błędy nasze oraz ich następstwa spro­wadziliśmy do formy najprostszej. Chociaż w mo­wie potocznej, wyrazów dobre i złe nie stosujemy do czynności, mających skutki li tylko cielesne, je­dnakże, przy małym zastanowieniu, łatwo się na to zgodzimy, że czynności te można by słusznie za pomocą tych dwóch określeń rozróżniać. Bez względu na rozmaitość pochodzenia, wszystkie teorie, okre­ślające co jest moralność, na to się zgadzają, że dobrymi są takie czynności, których bezpośrednie lub dalsze następstwa są dobroczynne, niedobrymi zaś te, których bliższe i dalsze następstwa są szkodliwe. Szczęście lub nieszczęście, będąc następstwem naszych czynności, jest zarazem ostateczną miarą, według której ludzie o tych czynnościach wyrokują. Uważamy pijaństwo jako złe, ponieważ przynosi ono pijakowi i jego rodzinie nieszczęście a miano wicie rozmaite cierpienia fizyczne i moralne. Gdyby kradzież była dla poszkodowanego również przyje­mną, jak dla złodzieja, nie znaleźlibyśmy jej w spi­sie grzechów głównych. Gdyby sobie można wyo­brazić, że czynności dobre powiększają cierpienia, potępialibyśmy je niezawodnie i przestalibyśmy je za dobre uważać. Dość jest przeczytać artykuł wstępny pierwszego lepszego dziennika politycznego lub wysłuchać rozmowy o sprawach społecznych, aby się przekonać, że o aktach parlamentu, o ru­chach politycznych, o działaniu filantropów, zaró­wno jak o czynnościach osób pojedynczych, ludzie sądzą ze względu na spodziewane skutki tych czyn­ności, stosownie do tego, czy one szczęście lub cierpienie ludzkości sprawiają. Ponieważ zaś i od­nośnie do wszelkich pojęć drugorzędnych, dodat­kowych, takim jest zawsze ostateczny kamień pro bierczy dobrego i złego, przeto czynności fizyczne ciała musimy także podzielić na złe i dobre, ze względu na ich szkodliwe lub dobroczynne skutki.

Po wtóre, zastanówmy się nad jakością kar przez które powstrzymane są takie przekroczenia ciele­sne. Używamy tutaj wyrazu kary, w braku wyrazu odpowiedniejszego, albowiem nie są to kary we właściwym tego wyrazu znaczeniu; nie są to kary, wymierzane sztucznie i niepotrzebnie: są to tylko dobroczynne hamulce, powstrzymujące od czynno­ści sprzeciwiających się zasadniczo cielesnemu dobrobytowi; hamulce, bez których życie wkrótce ustać by musiało skutkiem rozmaitych nadużyć i za dawanych ciału gwałtów. Charakterystyką kar (je­żeli je tak nazywać mamy) jest to, iż są one tylko koniecznym następstwem poprzedzających je czyn­ności, nieuniknionym oddziaływaniem (reakcją), spowodowanym przez czynności dziecięcia.

Pamiętać należy, że stopień tych bolesnych od­działywań odpowiada zawsze stopniowi i wielko­ści przekroczeń. Mały upadek sprawia wielki ból, upadek większy sprowadza już większe cierpienie. Przyroda nie wymaga, aby dziecko, które się na progu potknęło i upadło, skutkiem tego cierpiało więcej niż potrzeba i aby nabywało większej niż potrzeba ostrożności. Dziecko z codziennego do­świadczenia wynosi przekonanie o mniejszych lub większych karach za znaczniejsze lub mniej zna­czne przekroczenie praw natury, dzięki zaś takiemu doświadczeniu, uczy się odpowiednio kierować swym postępowaniem. W końcu zwróćmy na to uwagę, że te oddziaływania (reakcje) naturalne, towarzy­szące niewłaściwym czynnościom dziecka, zawsze są stałe nieubłagane i nieodwołane. Niema tu gróźb, jest tylko surowe i ścisłe wykonanie! Jeżeli dzie­cko ukłuło się igłą w palec, koniecznie musi ból uczuć; jeżeli powtórnie się ukłuje, powtórnie ból uczuje. I tak ciągle bez żadnego wyjątku. We wszystkich swych stosunkach z przyrodą martwą, dziecko napotyka ten ciągły i nieprzełamany opór, który żadnej wymówki nie zna i od którego nie ma odwołania się; uznając zaś ten surowy, cho­ciaż dobroczynny porządek, usiłuje ono tak postę­pować, aby w niczym praw natury nie przekra­czać.

Te prawdy ogólne większego jeszcze w naszych oczach nabiorą znaczenia, jeżeli o tern pomyślimy, iż pozostają one takimi nie tylko w dzieciństwie, lecz na całe życie. Dzięki bowiem nabytej za pomocą doświadczenia znajomości następstw na­turalnych, ludzie nieraz potrafią się wstrzymać na pochyłości i zwrócić się ze złej drogi. Kiedy bowiem wychowanie domowe już się skończyło, i niema rodziców i wychowawców, którzy by mo­gli od złego wstrzymywać, występuje inna kar­ność, podobna do tej, której małe dziecko za­wdzięcza umiejętność zachowywania się wśród przedmiotów otaczających. Jeżeli młodzieniec po wejściu w świat traci czas na próżniactwie, lub źle i niedbale spełnia powierzone mu czynności, kara naturalna nie omieszka go spotkać: traci chlebodajne zajęcie i przez pewien czas musi zno­sić ubóstwo, co naturalnie jest dlań cierpieniem. Człowiek niedbały, który zarówno w rozrywkach jak w interesach zawsze się spóźnić musi i nigdy na czas umówiony się nie stawi, znosić musi sku­tki takiej opieszałości, a mianowicie straty pienię­żne i niemożność korzystania ze spodziewanych przyjemności. Kupiec pragnący zbyt wielkich zy­sków, traci klientelę; a w tym właśnie leży tama, powstrzymująca zbyteczną jego chciwość. Chorzy porzucający niesumiennego lekarza uczą go przez to większej dbałości o pozostałych mu jeszcze pacjentów. Zbyt łatwowierny wierzyciel i zbyt nie­ostrożny przedsiębiorca, którzy sami sobie kłopo­tów przysporzyli, uczą się, że na przyszłość trzeba oględniej i ostrożniej postępować. A tak się dzieje w życiu całym. Często powtarzane zdanie, że »dzie­cko, które się raz sparzy, boi się już ognia, prze­konywa nas, że nie tylko powszechnie zostało uznaniem podobieństwo, zachodzące pomiędzy społecznym wychowaniem człowieka a wychowaniem, we­dług którego natura kieruje krokami dziecka, lecz że nadto ogół rozumie, jak wielkim jest znaczę nie takiej karności naturalnej. Dowodem tego są rozmaite zdania i przysłowia.

Każdemu z nas niezawodnie zdarzyło się sły­szeć, jak ludzie mówią, że »drogo kupione do­świadczenie* zmusiło kogoś do zmiany trybu po­stępowania; jak rozmawiając o jakimś spekulancie lub marnotrawcy, powtarzają, że »zdoła go chyba nauczyć gorzkie doświadczenie«, t.j. cierpienia, będące koniecznym następstwem jego postępowa­nia. Dowodem tej prawdy, że naturalne oddziały­wanie, będące skutkiem naszego postępowania, jest karą najbardziej skuteczną i że żadna sztuczna kara nie może jej zastąpić, jest również fakt, że wszy­stkie nasze systemy i kodeksy karne tak bardzo są jałowe.

Z pomiędzy tylu podawanych i stosowanych przez prawodawcę metod dyscypliny karnej, żadna nie odpowiedziała oczekiwaniom. Kary sztuczne nie zdołały nigdy poprawić przestępców, owszem, nie­raz robiły z nich bardziej zatwardziałych zbrodnia­rzy. Jedynie takie tylko zakłady pokutnicze mają jakiekolwiek powodzenie, które zostały założone przez osoby prywatne i w których o ile możności starają się naśladować porządek naturalny, t. j. poprzestają tylko na stosowaniu do przestępców skutków ich złego prowadzenia się; ścieśniają wol­ność przestępcy o tyle, o ile tego wymaga bezpie­czeństwo ogółu, i przy tych warunkach zmuszają go do zarabiania na życie. Przekonywamy się więc najprzód, że wychowanie, według którego przyroda uczy małe dziecko w sposób właściwy kierować swymi ruchami, niczym się nie różni od tego, któremu większość ludzi dorosłych ulega, i które ich mniej lub więcej do doskonałości moralnej prowa­dzi; że wszelkie przez ludzi wynalezione środki karne, stosowane do najbardziej zepsutych człon­ków społeczeństwa, są zupełnie bezsilne, jeżeli się tylko od środków, wskazanych nam przez przyrodę, oddalają, i że przeciwnie, wtedy tylko stają się sku­tecznymi, kiedy się do niej zbliżają.

Czyż stąd nie staje się widoczną przewodnia zasada wychowania moralnego? Czyż nie jest dość jasnym, że system tak właściwy i dobroczynny dla dzieci i osób dorosłych, również dobroczynnym być musi i w wieku młodocianym? Czyż można mnie­mać, aby metoda, tak skuteczna w pierwszym i ostatnim okresach życia, mogła być inną w okresie pośrednim. Czyż nie wynika stąd, że rodzice »jako sługi i tłumacze natury« powinni czuwać nad tym, aby dzieci doznawały zawsze rzeczywistych na­stępstw swego postępowania, czyli oddziaływań na­turalnych; że więc nie powinni oni następstw tych usuwać, powiększać lub zamiast nich następstwa sztuczne stosować. Każdy nieuprzedzony czytelnik niewątpliwie przyzna nam słuszność.

Niektóre jednak osoby zapewne będą utrzymy­wały, że sposobem wskazanym przez nas, postę­puje właśnie większość rodziców; że wymierzane przez nich kary są następstwem niewłaściwego po­stępowania dzieci, a to ponieważ gniew ze strony rodziców, wyrażający się w surowym strofowaniu, jest następstwem przekroczeń, jakich się dziecko dopuściło; że przeto cierpienia fizyczne lub mo­ralne, jakich dziecko przy karceniu doznaje, stają się naturalnym oddziaływaniem towarzyszącym koniecznie czynom nagannym.

Zapewne, w zdaniu tym jest trochę prawdy. Bez wątpienia, niezadowolenie ze strony ojców i ma­tek jest istotnie następstwem nagannego postępo­wania dzieci, objaw zaś taki takiego niezadowole­nia stanowi nienaturalną represję za takie czyny na­ganne. Rozgniewany ojciec karci dziecko za jego naganne postępowanie — i pod tym względem, wszelkie kary, plagi, strofowania mogą być uwa­żane jako oddziaływania, reakcje złych czynów.

Nie przeczymy też wcale, że taki sposób postępo­wania może być względnie dobrym, t. j. dobrym dla źle prowadzonych dzieci takich rodziców, któ­rzy w młodości sami źle byli prowadzeni i dla ta­kiego społeczeństwa, w którym dorośli ludzie nie dość wysoko pod względem umoralnienia stojący, tworzą ogół ludności. Jakeśmy już wyżej powie­dzieli, wartość systemów wychowawczych, zarówno jak wszelkich urządzeń społecznych i politycznych, zawsze odpowiada stopniowi wykształcenia społe­czeństwa całego. U ludów barbarzyńskich dzieci mogą być trzymane w karbach li tylko za pomocą metod barbarzyńskich, którymi też rodzice dowol­nie się posługują i które niewątpliwie najbardziej od­powiadają potrzebom i najlepiej potrafią przyspo­sobić przyszłych członków społeczeństwa barba­rzyńskiego. Przeciwnie, członkowie społeczeństwa ucywilizowanego chętniej wyrażają swe względem dzieci niezadowolenie w sposób mniej gwałtowny, posługują się środkami więcej łagodnymi, a jednak środki te zupełnie wystarczają dla kierowania po­stępowaniem już bardziej umoralnionych dzieci. W takim jedynie znaczeniu zgadzamy się ze zda­niem, że odnośnie do sposobu wyrażania uczuć rodzicielskich, zasada oddziaływania naturalnego zawsze mniejsze lub większe znajduje zastosowanie. System wychowania domowego dąży zawsze do formy najbardziej odpowiedniej.

Obecnie zwróćmy uwagę na dwie okoliczności niezmiernie ważne.

Pierwszą jest to, że w epoce tak nagłych zmian, w jakiej obecnie żyjemy, w epoce ciągłej walki pomiędzy starymi a nowymi teoriami, pomiędzy dawną a nowszą praktyką, może się zdarzyć, iż systemy wychowawcze, których rodzice używają, by­najmniej nie odpowiadają duchowi czasu. Przez poszanowanie dla zasad, które w swoim czasie były dobre, lecz obecnie wszelką wartość straciły, ro­dzice nieraz poddają swe dzieci pokutom i karom, które uważać należy jako gwałt, zadany uczuciom osobistym dziecka. Tym sposobem wywołują oni oddziaływanie sztuczne, nieodpowiadające przewinieniom. Drugą okoliczność stanowi to, że przez naturalne następstwa nie rozumiemy tu wcale po­chwały lub nagany ze strony rodziców, ale mamy na myśli jedynie następstwa naturalne postępowa­nia dzieci, niezależnie od wszelkiego udziału i zda­nia rodziców.

Prawdziwie nauczającymi i zbawiennymi następstwami nie są te, które wywołują rodzice, mie­niący się być tłumaczami przyrody, lecz te, które przyroda sama sprowadza. Spróbujemy wyjaśnić tę różnicę za pomocą kilku przykładów, które wykażą, co rozumiemy przez oddziaływania naturalne i sztu­czne, a zarazem nastręcza nam kilka uwag praktycznych.

W każdej rodzinie, gdzie są dzieci, codziennie i można widzieć wielki nieporządek. Dziecko porzu­cało swe zabawki na posadzce, kwiaty, przyniesione z porannej przechadzki, zostawiło na stole i krze­słach; mała dziewczynka, robiąc sukienki dla lalki, porozrzucała po pokoju rozmaite gałganki i skra­wki; zadanie zaś zrobienia porządku zawsze pra­wie nie na tych przypada, którzy by się nim zająć powinni. Jeżeli to miało miejsce w pokoju dzie­cinnym, w takim razie niańka, gderząc na niezno­śne stworzenia, zwykle sama się porządkowaniem zajmuje; jeżeli nieład dzieci zrobiły w innych po­kojach, układanie i porządkowanie przedmiotów po­rozrzucanych należy do osób starszych lub służą­cych, samemu zaś sprawcy nieporządku w udziale dostają się tylko strofowania i wymówki. Jednakże, nieraz w tym prostym przypadku, rodzice postę­pują w sposób właściwy, z mniejszą lub większą wytrwałością, stosując się do naturalnego porządku rzeczy, bo nakazując dzieciom, aby same uporząd­kowały porozrzucane zabawki, kwiatki i gałganki. Praca układania przedmiotów rozrzuconych jest naturalnym następstwem robienia nieporządku. Do­świadcza tego każdy kupiec w swym sklepie, ka­żda gospodyni w gospodarstwie domowym.

Jeżeli zaś zadaniem wychowania ma być przy­gotowanie do życia, każde więc dziecko powinno z własnego doświadczenia prawdę tę poznać. Jeżeli (co się może zdarzyć tam, gdzie poprzednio stosowano wadliwy system karności moralnej dziecko nie chce być posłusznym, trzeba mu dać poznać dalsze następstwa nieposłuszeństwa. Ponieważ nie chce samo pozbierać i uporządkować przedmiotów porozrzucanych, i ponieważ musi tym się ktoś inny zająć, przeto następnie trzeba pozbawić je możno­ści przyczyniania innym tej pracy. Skoro więc bę­dzie znów prosiło o pudełko z zabawkami, matka mu powie: »Ostatnim razem, gdy ci dano zabawki, pozostawiłeś je na podłodze i Anna musiała je zbierać. Anna zbyt wiele ma do roboty, aby miała czas codziennie po tobie porządkować, a ja także nie mogę się tym zajmować. Ponieważ sam nie chcesz po ukończonej zabawie, cacek swych skła­dać, przeto nie mogę ci ich już dawać«. Jest to oczywiście następstwo naturalne, i dziecko niewątpliwie musi je zrozumieć. Kara następuje, w chwili, gdy się najbardziej dotkliwą staje. Nadzieja zaba­wienia się, w chwili urzeczywistnienia, zostaje roz­wianą, a wrażenie takie nie może pozostać bez wpływu na przyszłe postępowanie dziecka; jeżeli zaś ciągle w ten sposób z nieporządnym dzieckiem będziemy postępowali, niezawodnie poprawi się ono o tyle, o ile do tego jest zdolnym. Dodajemy jesz­cze, że przy pomocy tej metody, dziecko poznaje wielką prawdę, której poznanie nigdy zbyt wczesnym być nie może, a mianowicie, że na tym świe­cie jedyną drogą, wiodącą do zadowolenia i szczęścia, jest praca.

Weźmy inny przykład. Niedawno byliśmy świadkiem wymówek, jakie codziennie robiono dziewczynce, która nigdy na czas nie była do przechadzki gotową. Mając charakter niezmiernie żywy i łatwo zapominając o wszystkim, skutkiem za­jęcia się jednym przedmiotem, Konstancja nigdy nie pamiętała o tym, aby zawczasu włożyć kapelusz, tak iż guwernantka i siostry zawsze prawie musiały na nią czekać, i zawsze też wynikiem tego były wymówki ze strony matki. Chociaż wymówki te najmniejszego skutku nie miały, matce jednak nigdy na myśl nie przyszło dać poznać Konstancji naturalne następstwa jej postępowania. Co więcej, nie chciała tej metody wtedy nawet zastosować, gdy jej to inne osoby radziły. W życiu brak pun­ktualności, pociąga za sobą straty i pozbawia nas korzyści, którebyśmy osiągnąć mogli, pilnując się lepiej i ściślej wypełniając nasze obowiązki: albo się spóźnimy na pociąg i widzimy, jak w naszych oczach odchodzi; albo przybywamy na targ, gdy najlepsze produkty już rozsprzedane; albo z po­wodu opóźnienia na koncert, nie znajdujemy już miejsc dogodnych. Codzienne przykłady nas przekonywują, że jedynie właśnie obawa strat i przy­krości tego rodzaju zniewala ludzi do pośpiechu. Czyż nie jest oczywistym wniosek, jaki stąd da się wyprowadzić? Czyż na postępowanie dziecka nie powinna również wpływać obawa przewidywanych przykrości. Jeżeli Konstancja nie jest gotową na czas, naturalnym wynikiem takiej opieszałości niech będzie pozostawienie jej w domu i pozbawienie przechadzki. Skoro zaś kilka razy zostanie w domu, podczas gdy inne dzieci będą używały rozkoszy za­miejskich wycieczek; skoro spostrzeże, że pozba­wioną została tej przyjemności jedynie z własnej swej winy: niewątpliwie będzie się starała popra­wić. W każdym razie, takie względem niej postę­powanie zawsze skuteczniejszym być musi, niż te ciągłe strofowania, z którymi może się oswoić, lub które tylko upór w niej wyrobić mogą.

Również, gdy dzieci nieporządne psują lub tracą dane im przedmioty, karą naturalną, która osoby dorosłe także uczy troskliwości i porządku, po­winna być wynikająca stąd niewygoda. Przykrość i niewygoda, będące skutkiem zgubienia lub zepsu cia jakiejś rzeczy potrzebnej, wydatek, jaki pociąga kupno rzeczy nowej: oto są następstwa nieładu, których wszyscy ludzie doświadczyć muszą; a więc i dzieci od doświadczenia tych następstw nie po­winny być wolne. Nie mówimy tu, naturalnie, o pierwszym okresie życia, w którym dziecko ła­mie i psuje swe zabawki, ponieważ przyroda wtedy uczy je w ten sposób poznawać własności ciał. Dziecko wtedy nie może jeszcze rozumieć, jak wa­żnym jest ład i porządek; mówimy tu o później­szym okresie, w którym dziecko zaczyna już rozu­mieć znaczenie i korzyść własności. Jeżeli dziecko, które się już może bawić scyzorykiem, posługuje się nim nie dość ostrożnie i lamie ostrze lub zapomina go w trawie przy płocie, skąd sobie rózgę wyrżnęło, nierozważny ojciec lub usłużny kuzynek natychmiast śpieszą kupić mu nowy, nie pamięta­jąc o tym, że tym sposobem pozbawiają je nauki bardzo korzystnej. W wypadku tego rodzaju, ojciec powinien synowi wytłumaczyć, że scyzoryki drogo kosztują, że pieniądze niełatwo przychodzą i że nie może kupować scyzoryków temu, kto je łamie lub niedbale się z nimi obchodzi; że zatem nie dostanie nowego aż do czasu, kiedy dowiedzie, że się stał bardziej uważnym i starannym. Takie po­stępowanie przyczyni się niezawodnie do powstrzy­mania dziecka od rozrzutności.

Te przykłady, któreśmy właśnie ze względu na ich łatwość wybrali, zdołają, jak sądzimy, wyjaśnić różnicę, zachodzącą między karami naturalnymi, które naszym zdaniem, jedynie skutecznymi być mogą, a karami sztucznymi, których rodzice nieraz zamiast pierwszych używają. Zanim podamy przykłady wyższego i bardziej umiejętnego zasto­sowania metody, którąśmy za pomocą powyższych przykładów wyjaśnić usiłowali, zastanówmy się nad wielu zaletami, jakie metoda ta przedstawia, i które stawią ją wyżej od metody empirycznej, tak wszech­władnie w wielu rodzinach panującej. Jedną z naj­większych zalet naszej metody jest to, że jej za­stosowanie przygotowuje dziecko do pojęcia zwią­zku między skutkiem a przyczyną, co z czasem, dzięki ciągłym doświadczeniom, staje się jasnym i zupełnym. Ludzie, znający dobre i złe skutki swych czynów, łatwiej daleko potrafią właściwie w życiu postępować, niż ci, którzy zaufali zupeł­nie powadze innych. Dziecko, które wie, że niepo­rządek pociąga za sobą koniecznie trud zbierania i układania przedmiotów rozrzuconych, że powol­ność pozbawia je nieraz rozrywki, a niedbalstwo — posiadania przedmiotu przyjemnego i pożytecznego, takie dziecko nie tylko musi znosić przykre następ­stwa swego postępowania, lecz nadto poznaje zwią­zek, zachodzący między skutkiem i przyczyną a to w sposób naturalny, t.j. za pomocą doświadczenia życiowego. Przeciwnie, wszelkie wymówki, łajania oraz kary sztuczne, nie tylko żadnego prawie wra­żenia na nim nie robią, lecz jeszcze pozbawiają je możności poznania, jakie postępowanie jest właściwym, a jakie nagannym.

Błąd systemu kar i nagród sztucznych, błąd, który wyższe umysły od dawna już spostrzegły, na tym polega, że stosując zamiast naturalnych na­stępstw złego postępowania tak zwane pensum i pokuty, wpływamy na spaczenie w dzieciach po­jęcia o moralności. Jeżeli dzieci małe, zarówno jak i starsze, przywykły uważać gniew rodziców i wy­chowawców jako główny wynik ich nagannego po­stępowania, w takim razie w umyśle ich koniecz­nie pomiędzy pojęciem nagannego z ich strony po­stępowania a pojęciem towarzyszącego mu gniewu rodzicielskiego musi się taki związek utworzyć, jaki pomiędzy przyczyną i skutkiem istnieje. Skutkiem zaś tego jest, że jak tylko władza rodzicielska lub opiekuńcza ustaje i młodzieniec nie ma już powodu obawiać się gniewu rodziców lub wychowawców, więzy moralności zwykle natychmiast opa­dają, a to z tego powodu, że taki młodzieniec nie zna zasady prawdziwej, t.j. prawa oddziaływań naturalnych. Oto jak się wyraża o tym wadliwym systemie człowiek, który go poznał doskonale: „Mło­dzi ludzie, ci zwłaszcza, na których rodzice nie sta­rali się mieć wpływu, zaraz po opuszczeniu szkoły oddają się wszelkiego rodzaju nadużyciom i dzi­wactwom; nie znają oni zasad postępowania, ani też zasad moralności; pojęcia ich pozbawione są wszelkiej podstawy, i aż do czasu gdy gorzkie próby nauczą ich właściwego postępowania, pozostają niezmiernie szkodliwymi członkami społeczeństwa*.

Druga wielka zaleta tej metody naturalnej na tym polega, iż jest ona metoda prawdziwej i bez­warunkowej sprawiedliwości, i ze każde dziecko uzna ją jako taką. Kto doznaje cierpień, będących naturalnym następstwem jego nagannego postępo­wania, ten przyznać musi, że słusznie na nie za­służył; przeciwnie zaś, może się uskarżać na nie­sprawiedliwość losu lub ludzi ten, kto ulegać musi karom sztucznym. Prawda ta stosuje się do osób dorosłych zarówno jak do dzieci. Weźmy na przykład dziecko niedbałe o całość i czystość swego ubrania, które łazi po płotach bez ostrożności i nie zwraca uwagi na błoto. Jeżeli je za to biją lub każą się do łóżka położyć, będzie przekonane, że się z nim źle obchodzą; zamiast żałować swego postępowania, będzie nad tym rozmyślało, jak nie­sprawiedliwie z nim postąpiono. Przypuśćmy na­tomiast, że mu każą o ile możności naprawić złe, jakie uczyniło, oczyścić z błota obuwia, zaszyć dziury w ubraniu; czyż w tym razie dziecko nie zrozumie, że samo stało się przyczyną tych nud­nych zajęć? Czyż znosząc tę przykrość, którą samo sobie wyrządziło, nie zechce się zastanowić nad związkiem pomiędzy tą przykrością a jej przyczyną? Wreszcie, pomimo całego rozdrażnienia, czyż nie dostrzeże mniej lub więcej słuszności takiego roz­porządzenia?

Jeżeli kilka lekcji tego rodzaju nie będzie miało skutku, jeżeli nowe ubranie zawsze przed czasem będzie zniszczone, w takim razie ojciec, stosując w dalszym ciągu tę sarnę metodę, odmówi mu wy­dania pieniędzy na sprawienie nowego ubrania przed zwykłym terminem; jeżeli zaś w ciągu tego czasu zdarzy się, że dziecko, dla braku czystego i nowego ubrania, nie będzie mogło wyjść z całą rodziną n. p. na wycieczki niedzielne lub z odwie­dzinami do znajomych, taka pokuta niewątpliwie będzie dlań bardzo dotkliwą; zastanowi się nad całym szeregiem przyczyn i dojdzie do przekona­nia, że przyczyną doświadczonej przykrości jest wła­sne jego niedbalstwo. Skoro zaś nabierze takiego przekonania, nie będzie już się oburzało na nie­sprawiedliwość, jakby to niezawodnie czyniło, gdyby nie potrafiło dostrzec związku pomiędzy występ­kiem i karą.

Oprócz tego rodzice i dzieci, przy stosowaniu tego systemu, mniej daleko mają powodów do rozdrażnienia, niż przy stosowaniu systemu zwy­czajnego. Kiedy, zamiast dopuścić, aby dzieci do­znawały niemiłych następstw naturalnych nagannego z ich strony postępowania, rodzice sami wy­mierzają rozmaite kary sztuczne, podwójnie przez to źle czynią. Dowolnie 7większając (jak to zwykle bywa) ilość praw domowych i utożsamiając swój wpływ i powagę z nietykalnością tych praw, rodzice wszelkie przewinienie ze strony dzieci uważają za obrazę osobiście im wyrządzoną, a więc za powód gniewu z ich strony. Za tym idą dalsze zgryzoty, a to ponieważ rodzice przyjmują „a sie­bie, pracując nad miarę lub zwiększając wydatki, następstwa nagannego postępowania dzieci, następstwa, które by na dzieciach ciężyć powinny.

Toż samo da się powiedzieć i odnośnie do dzieci. Cierpienia będące skutkiem oddziaływań na­turalnych, pokuty wymierzane przez samą naturę, wywołują rozdrażnienie stosunkowo słabe i prze­mijające; przeciwnie zaś, kary dowolnie przez ro­dziców wymierzane, a które dziecko jako własny ich wymysł uważa, wywołują rozdrażnienie większe i trwalsze nierównie. Spójrzmy jak wielką by była liczba opłakanych wyników, gdybyśmy metodę em­piryczną od samego początku w wychowaniu sto­sować chcieli! Wyobraźmy sobie, co by się stało w wypadku, gdyby rodzice mogli przyjmować na siebie i znosić cierpienia fizyczne, jakie sobie dzieci przez niewiadomość lub niezręczność przyczyniają, a natomiast, sprawiać im cierpienia inne, sztuczne a to w celu wykazania im niewłaściwości ich po­stępowania; przypuśćmy więc, że dziecko, któremu zabroniono zbliżać się do samowaru, pomimo za­kazu wylewa na siebie wrzącą wodę, matka zaś przyjmując na siebie ból od oparzenia, natomiast za karę bije dziecko; i t. d. we wszystkich tego rodzaju przypadkach. Czyż w takim stanie rzeczy, codzienne wypadki nie wytworzyłyby w dziecku drażliwości większej daleko od tej, jaka obecnie istnieje? Czyż zły humor rodziców zarówno jak i dzieci nie stałby się ciągłym? A jednak w taki to właśnie sposób postępujemy z dziećmi. Ojciec, który bije syna za to, że przez nieuwagę lub złość popsuł zabawkę małej siostrzyczki, a następnie ku­puje tej ostatniej nową zabawkę, postępuje zupeł­nie w ten sposób: sztucznie karze winowajcę, sam zaś znosi następstwa złego postępku syna, co ko­niecznie musi niepotrzebnie rozdrażniać uczucia za­równo jednego jak i drugiego. Gdyby natomiast ojciec wymagał od syna tylko zwykłego wynagrodzenia, mniej by daleko sprawił przykrości. Gdyby powiedział synowi, iż za swe pieniądze powinien nową zabawkę dla siostry kupić i ze w tym celu będzie użytą jego tygodniowa pensyjka, mniej by daleko było Kwasów ze stron obu, a jednocześnie dziecko nabyłoby zbawiennego doświadczenia. Tak więc, system postępowania z dziećmi za pomocą oddziaływań naturalnych mniej szkodliwie oddziaływa na charakter: najprzód, ponieważ jest to system najbardziej sprawiedliwy, po wtóre, ponieważ nie rodzice, lecz sama natura działa tu bezpośrednio.

Wreszcie, tę wielką jeszcze system nasz posiada zaletę, iż pod wpływem jego, stosunek między rodzicami i dziećmi staje się bardziej przyjaznym, a więc ich wpływ wzajemny więcej skutecznym być musi. Gniew, bez względu na przyczynę i formę, w jakiej się objawia, zawsze zgubnym być musi; lecz podwójnie zgubnym jest gniew ojca na syna lub syna na ojca, bo osłabia więzy sympatii, jaka powinna istnieć pomiędzy członkami jednej ro­dziny. Takim jest prawo kojarzenia się wyobrażeń, że starzy i młodzi, koniecznie zbrzydzić mu­szą rzeczy, którym zwykle towarzyszą nieprzyje­mne wrażenia. Tam, gdzie z początku istniało przy­wiązanie, nastaje obojętność lub wstręt nawet, a to stosownie do siły i ilości otrzymanych wrażeń! Gniew rodzicielski, objawiający się w łajaniu i karach, jeżeli się często powtarza, niezawodnie wy woła w dziecku oziębłość i obojętność, i na odwrót, obojętność i krnąbrność ze strony dzieci, koniecz­nie osłabić musi przywiązanie rodziców. Z tego to powodu rodzice (zwłaszcza zaś ojcowie, specjalnie przeznaczeni do wymierzania kar) często tak obo­jętnymi, a nawet wstrętnymi dla dzieci się stają; z tego też powodu tak często dzieci uważane są przez rodziców za skaranie boskie. Ponieważ zaś wpływ takiego rozdwojenia zgubnym być musi dla wychowania moralnego, nie ulega przeto wątpli­wości, że rodzice zawsze z największą ostrożnością powinni unikać powodów do nieprzyjaźni z dzie­ćmi, oraz zawsze jak najściślej stosować się do metody następstw naturalnych, która wyręcza ich w wymierzaniu kar i zapobiega obustronnemu roz­drażnieniu i oziębłości.

Widzimy więc, że w wychowaniu moralnym, system oddziaływań naturalnych, który nam sama przyroda wskazuje i który tak właściwym jest dla wieku dziecinnego i dojrzałego, zarówno dobrym być musi i dla okresu pośredniego, t. j. dla wieku młodocianego. Zalety tego systemu na tern pole­gają, że najprzód daje on jasne pojęcie o złem i dobrem postępowaniu, wynikającym z poznania jego złych i dobrych następstw; po wtóre, że dziecko, doświadczające tylko bolesnych skutków swych postępków nagannych, musi też koniecznie uczuć słu­szność kary; po trzecie, skoro słuszność kary zo­staje poznaną, i karę tę wymierza ręka przyrody, nie zaś ręka jakiejś osoby, charakter dziecka mniej­szemu daleko ulega rozdrażnieniu; ojciec zaś, zachowujący się w tym przypadku mniej więcej bier­nie, bo pozwalający tylko naturze pełnić swe za­danie, także nie traci potrzebnego spokoju; po czwarte, że skutkiem takiego zapobiegania wza­jemnemu rozdrażnieniu, pomiędzy rodzicami a dzie­ćmi istnieje stosunek ściślejszej przyjaźni i dobry wpływ rodziców staje się więcej skutecznym.

»Lecz jak należy postępować, zapyta kto jednak, w razie większych ze strony dziecka przewinień? Jak stosować ten plan, w wypadku, n. p. kiedy dziecko popełni kradzież lub skłamie, albo wybije młodszego braciszka lub siostrzyczkę?« Zanim na zapytanie odpowiemy, zastanówmy się nad donio­słością kilku faktów, które tu jako przykłady po dajemy.

Jeden z mych przyjaciół, mieszkający w domu swego szwagra, zajmował się wychowaniem ma­łego siostrzeńca i siostrzenicy. Bardziej może pod wpływem wrodzonego zmysłu, niż wyrozumowania, stosował podaną tu przez nas metodę. W domu dzieci były jego uczniami, poza domem małymi jego przyjaciółmi. Codziennie towarzyszyły mu w wycieczkach botanicznych, z zapałem pomagały zbierać rośliny, pilnie słuchały go, gdy roślinę jaką oglądał i rozpoznawał; i w taki sposób bawiły się i korzystały zarazem z jego towarzystwa. Pod względem moralnym, dla nich był on daleko więcej oj cem, niż rzeczywiści ich rodzice. Opowiadając mi potem o wynikach takiego sposobu postępowania, w liczbie innych faktów podał co następuje. Raz wieczorem, gdy potrzebował jakiegoś przedmiotu, znajdującego się w drugiej połowie domu, prosi swego siostrzeńca, aby mu go przyniósł. Dziecko zajęte wesołą zabawą, wbrew swemu zwyczajowi, okazało wielką niechęć spełnienia tego polecenia, czy też nawet, dobrze już nie pamiętam, wręcz od­mówiło. Znajomy mój, stanowczy przeciwnik wszel­kich środków przymusowych, sam przyniósł przed­miot potrzebny, tylko wyrazem twarzy okazując, jak bardzo niezadowolonym był z postępowania dziecka. Kiedy zaś później tegoż jeszcze wieczora, dziecko prosiło wuja, aby należał do zwykłej gry towarzyskiej, ten ostatni odmówił mu z wyrazem oziębłości, jaką postępowanie dziecka w nim wy­wołało, dając mu przez to poznać naturalne na­stępstwa jego postępowania. Nazajutrz rano, w zwy­kłym czasie wstawania, przyjaciel mój posłyszał za drzwiami głos, którego nie zwykł był nigdy o tej porze słyszeć. Był to jego mały siostrzeniec, przy­noszący mu ciepłą wodę. Oglądając się po pokoju dziecko, rozmyślało nad tym, czym by się jeszcze mogło przysłużyć, i w końcu zawołało: »A! wujaszek nie ma butów« i pośpiesznie wybiegło na schody, aby mu je przynieść. Tym i innymi sposobami dziecko starało się okazać szczerą skruchę za swe uprzednie postępowanie. Usiłowało ono odmowę żądanej od niego usługi wynagrodzić innymi, nie zwykłymi usługami. Oczywiście, dobre uczucia od­niosły w nim zwycięstwo nad złymi, a zwycię­stwo nowej dodało mu siły; doświadczywszy jak przykro stracić przyjaźń wuja, dziecko podwójnie umiało następnie ją cenić!

Dziś przyjaciel mój sam jest ojcem. Zawsze po­stępuje podług tego samego systemu i utrzymuje, że system ten zupełnie mu się udaje, stał się pra­wdziwym przyjacielem swych dzieci. Dzieci z nie cierpliwością oczekują wieczoru, bo wieczorem oj­ciec ich wraca do domu; jeżeli zaś doskonale się ba­wią w niedzielę, to głównie z tego powodu, że ojciec cały dzień z niemi spędza. Posiadając tak zupełne zaufanie i przywiązanie swych dzieci, po­siada też niezmierny wpływ na nie, a pochwały albo nagany jego wystarczą do kierowania ich po­stępowaniem. Jeżeli, po powrocie do domu, dowie się, iż jedno z dzieci było niegrzecznym, zachowuje się względem niego z obojętnością, będącą naturalnym następstwem nagannego postępowania dzie­cka, a kara taka jest zawsze zupełnie wystarcza­jącą. Samo odmówienie zwykłych pieszczot staje się dla dziecka źródłem łez i zmartwienia, daleko trwalszym niżby nim być mogły pokuty i rózgi. Zapewniano nas, że w czasie jego nieobecności, dzieci zawsze obawiają się tej obojętności, a to w takim stopniu, iż nieraz pytają się matki, czy się grzecznie zachowywały i co powie o nich oj­ciec, gdy do domu powróci. Ostatnimi czasy najstarsze z dzieci, chłopak pięcioletni, niezmiernie żywy, w przystępie nadzwyczajnego ożywienia, właściwego dzieciom zdrowym i cechującego nad­miar sił żywotnych, podczas .nieobecności matki popełnił kilka niedorzecznych wybryków: ostrzygł młodszemu braciszkowi kosmyk włosów na głowie, skaleczył się brzytwą, którą ze stołu dostał itd. Gdy się ojciec o tym dowiedział, nie przemówił do syna w ciągu wieczoru całego, ani też nazajutrz rano. Skutki takiego postępowania, oprócz natych­miastowego zmartwienia, były te, że kiedy w kilka dni potem matka miała wyjść z domu, chłopak prosił ją, aby została, a to z obawy, aby w czasie jej nieobecności, nowych głupstw nie popełnił.

Dlatego podaliśmy te fakty przed odpowiedzią na zapytanie: »Co trzeba czynić w wypadkach wię­kszej wagi? «aby przede wszystkim wykazać, jakie stosunki powinny między rodzicami i dziećmi ist­nieć; a to, ponieważ wtedy tylko można skutecznie działać na dzieci w wypadkach większych z ich strony wykroczeń, kiedy takie właśnie stosunki istnieją. Obecnie, także przed odpowiedzią na po­wyższe pytanie, musimy jeszcze dowieść, iż samo ustanowienie takich stosunków zależy od przyjęcia zalecanego przez nas systemu. Uprzednio już wykazaliśmy, że dając dzieciom możność doświad­czenia tylko smutnych następstw ich czynów nagannych, rodzice unikają nieprzyjaźni ze strony dzieci i nie są przez te ostatnie za nieprzyjaciół uważani; obecnie potrzebujemy dowieść, że przy odpowiednim od początku samego stosowaniu tego systemu, pomiędzy rodzicami a dziećmi wytwarza się uczucie przyjaźni i przywiązania.

Obecnie dzieci najczęściej uważają swych oj­ców i matki jako przyjacielskich nieprzyjaciół. Ponieważ wrażenia dzieci tworzą się pod wpływem postępowania rodzicielskiego, postępowanie zaś to jest ciągłą i nieporządną mieszaniną obietnic i gróźb, pieszczot i wymówek, słodyczy i goryczy; stąd więc koniecznie w umyśle dziecka tworzyć się muszą rozmaite sprzeczne zdania o charakterze ojca lub matki. Niejednej matce wydaje się, iż dość jest po­wiedzieć dziecku, że jest największą jego przyja­ciółką, aby dziecko, obowiązane we wszystkim matce swej wierzyć, rzeczywiście nabrało takiego przekonania. »To dla twego dobra«, »lepiej niż ty wiem, co ci jest potrzebnym«, »zbyt mały jesteś, abyś to teraz zrozumieć potrafił; lecz kiedy wyro­śniesz, będziesz mi dziękował, żem tak postępo­wała*: oto są rozmaite zapewnienia, które się co­dziennie powtarzają. Jednocześnie jednak, dziecko codziennie znosić musi jakieś pokuty lub kary do­tkliwe, i codziennie też matka broni mu zajmować się tym, co mu się szczególniej podoba. Słowa wprawdzie mówią, że szczęście jego jest celem; czyny jednak wyrządzają mu nieustannie mniejszą lub większą dolegliwość. Nie rozumiejąc o jakiej to przyszłości powtarza mu ciągle matka, ani też w jaki sposób obchodzenie się jakiego doznaje, może| go do szczęśliwości w tej nieznanej mu przyszło­ści doprowadzić, sądzi jedynie podług tego, czego doświadcza; ponieważ zaś wrażenia obecnie nie są wcale przyjemne, zaczyna powątpiewać o szczero­ści tych czułych upewnień matki. I czyż można się czego innego spodziewać? Czy nie jest natural-nem rozumowanie dziecka podług świadectwa jego zmysłów? A to świadectwo zmysłów czyż nie zga­dza się z jego wnioskami? Matka na jego miejscu tak samo by rozumowała. Gdyby pomiędzy jej przy­jaciółkami znalazła się taka, która by ciągle sprze­ciwiała się jej życzeniom, robiła jej ostre wymó­wki i biła ją od czasu do czasu, mało by ją za­pewne obchodziły towarzyszące takiemu postępo­waniu upewnienia, że wszystko to się robi dla przyszłego jej dobra. Dlaczegóż więc sądzi, że dzie­cko inaczej może rzecz tę pojmować? Inne zupełnie otrzymamy wyniki, gdy matka, stosując zale­cany przez nas system, zamiast stać się w pojęciu, dziecka narzędziem kary, będzie się starała pozy­skać jego przyjaźń, ostrzegając o niebezpieczeń­stwach, jakie mu przyroda gotuje. Weźmy przy­kład; aby zaś przykład ten mógł nam wyjaśnić jak od samego dzieciństwa stosować należy zalecany przez nas system, weźmy go z pomiędzy najbardziej pospolitych wypadków. Przypuśćmy, iż pod wpływem tak wyraźnego zamiłowania do badań i doświadczeń (dzieci bezwiednie stosują indukcyjną i metodę doświadczeń i poszukiwań), dziecko zabawia się zapalaniem na świecy kawałków papieru, a następnie patrzy jak się papier pali. Zwykle matka nierozważna, chcąc przeszkodzić dziecku robić to, co »nie dobre«, albo z obawy, aby się dziecko nie sparzyło, każe mu tej zabawy zaprzestać; je­żeli zaś dziecko nie usłucha, wyrywa mu papier z ręki. Jeżeli jednak dziecko ma matkę rozsądną, która rozumie, że zajęcie, z jakiem dziecko patrzy na palący się papier, jest skutkiem zbawiennej ciekawości, która co więcej potrafi ocenić skutki j swego zakazu, matka taka niezawodnie tak będzie rozumowała:  »Jeżeli zabronię dziecku bawić się w ten sposób, pozbawię je możności nabycia kilku wiadomości pożytecznych. Uchronię je co prawda od sparzenia; lecz na co się to przyda? Dziś czy jutro, kiedyś koniecznie musi się sparzyć; dla własnego zaś bezpieczeństwa w życiu potrzebuje ko­niecznie poznać własności ognia. Jeżeli teraz zdo­łam je uchronić od niebezpieczeństwa sparzenia się, niebezpieczeństwo to nie minie go później; wtedy być może, kiedy nie będę przy nim i nie będę mogła zapobiec złym skutkom; jeżeli przeciwnie, dozna sparzenia się teraz, kiedy jestem przy jego boku, zdołam uchronić je od wszelkich wa­żniejszych nieszczęść. Oprócz tego, jeżeli mu każę zaprzestać tej zabawki, pozbawię je rozrywki, która sama przez się jest niewinną a nawet pouczającą, a z tego powodu niezawodnie będzie czuło do mnie żal większy lub mniejszy. Ponieważ nie zna bólu, od jakiego je chcę uchronić, i dozna tylko przykrości skutkiem pozbawienia go zabawy, ko­niecznie więc będzie mnie uważało jako przyczynę zmartwienia. W celu uchronienia go od złego, o którym żadnego nie ma pojęcia, i które zatem dla niego nie istnieje, sprawiam mu przykrość do­tkliwą i przez to w przekonaniu jego staje się na­rzędziem cierpień. Tak więc, pozostaje mi tylko ostrzec je o niebezpieczeństwie i być gotową zapobiec skutkom bardziej smutnym«. To też po­stępując zgodnie z takim rozumowaniem, powie mu tylko: »Boję się, abyś się nie sparzył«; jeżeli zaś, jak się tego łatwo spodziewać, dziecko pomimo takiego ostrzeżenia, nie przestanie się bawić z ogniem w końcu popiecze sobie palce, cóż stąd wyni­knie? Przede wszystkim nabędzie doświadczenia, którego wcześniej czy później koniecznie nabyć mu­siało i które, dla własnego bezpieczeństwa, nigdy zbyt wcześnie nabytym być nie może. Po wtóre, prze­kona się, że matka ganiąc jego zabawę i ostrzega­jąc o niebezpieczeństwie, rzeczywiście dobro jego miała na celu; raz jeszcze doświadczy ono troskli­wej czujności matki i słusznie może czuć dla niej większą jeszcze ufność i przywiązanie.

Bezwątpienia, w rzadkich wypadkach, gdy wielkie niebezpieczeństwo dziecku zagraża, potrzeba siłą je od takiego nieszczęścia uchronić; lecz wy­jąwszy te wypadki nadzwyczajne, system, jakiego się trzymać należy, zawsze polegać musi nie na usuwaniu od dziecka małych codziennych przygód i wypadków, lecz na ostrzeganiu go od nich i na doradzaniu, jak ma się od nich uchronić.  Na po­stępowaniu takim zyska niezmiernie uczucie miłości i przywiązania dla rodziców. Jeżeli tutaj, za­równo jak w innych wypadkach, zechcemy zasto­sować prawo do oddziaływań naturalnych; jeżeli pozwolimy dzieciom korzystać nadal z codziennego doświadczenia i oddawać się rozmaitym zabawom, ostrzegając je tylko mniej lub więcej o złych na­stępstwach nadużyć i rozmaitych wypadkach; dzieci niezawodnie lepszego nierównie nabiorą przekona­nia o przywiązaniu i rozsądku rodziców, i więcej ufać im będą.  Przez to nie tylko unika się niena­wiści, towarzyszącej karom sztucznym, lecz zara­zem tej niechęci, jaką w dzieciach sprawia ciągłe powoływanie się rodziców na swą powagę i nie­omylność; rozmaite zaś przygody codzienne, które zwykle do sprzeczek tylko prowadzą,  mogą się przyczynić do wzmocnienia stosunków przyjaznych pomiędzy rodzicami i dziećmi. Dzieci nietylko sły­szą zapewnienia, że rodzice najlepszymi są ich przy­jaciółmi, lecz z czynów się o tym przekonywają; w miarę zaś nabywania takiego przekonania, zwię­ksza się ich względem rodziców zaufanie i mi­łość.

A teraz kiedyśmy już wykazali, że skutkiem powszechnego przyjęcia tej metody muszą powstać stosunki przyjazne między rodzicami i dziećmi, starajmy się odpowiedzieć na pytanie: »Czy ta me­toda da się zastosować w wypadkach większych ze strony dziecka przewinień?« Zaznaczmy przede wszystkim, że wypadki takie muszą stać się rzad­szymi daleko przy zastosowaniu zalecanej przez nas metody, niż przy zastosowaniu metody zwykłej, a to z tego powodu, że złe postępowanie dziecka często bardzo jest wynikiem ciągłego rozdrażnie­nia, w jakiem się znajduje skutkiem nieumieję­tnego ze strony rodziców prowadzenia. Stan odoso­bnienia moralnego i nienawiści, wywołany często powtarzającymi się karami, koniecznie zagłuszać musi w dziecku dobre uczucia i popycha je do rozmaitych złych czynów, od których dobre uczu­cia powstrzymać by je zdołały. Złe obchodzenie się jednych dzieci z drugimi w rodzinie, najczęściej jest tylko odzwierciedleniem złego obchodzenia się z niemi osób dorosłych i wynika albo z chęci na­śladowania, albo ze złego charakteru i dążności do postępowania względem innych tak, jak z nimi samymi postępują; jest to odwet za otrzymane plagi i łajania. Nie ulega wątpliwości, że podtrzy­mując w dzieciach, za pomocą wskazanego przez nas sposobu postępowania, szczęśliwy stan umy­słu i serca, zdołamy je, do pewnego stopnia przy­najmniej, powstrzymać od wielu występków, ja­kich się tak często względem innych dzieci do­puszczają. Przywłaszczanie cudzej własności, kradzież — występek jeszcze większej wagi — musi się także stać mniej pospolitym. Oschłość serca i obojętność członków jednej rodziny, często bar­dzo staje się przyczyną tego rodzaju występków i grzechów. Prawem natury, widocznym dla ka­żdego badacza, jest, że ci, którzy pozbawieni by­wają wielkich rozkoszy życia, starają ją sobie wy­nagrodzić rozkoszami niższego rzędu; ci, którzy nie doświadczali nigdy rozkoszy współczucia, szukają rozkoszy w uczuciach egoistycznych; tak więc szczę­śliwe stosunki pomiędzy rodzicami i dziećmi przy­czyniają się do zmniejszenia liczby czynów nagan­nych, będących wynikiem egoizmu.

Jeżeli jednak dzieci dopuszczą się większych jakichś występków, co się nieraz przy zastosowaniu najlepszej nawet metody wychowania moralnego zdarzyć może, wtedy raz jeszcze można się uciec do metody naturalnego następstwa kary; jeżeli zaś stosunek zaufania i przywiązania, o jakim mówi­liśmy, istnieje, metoda ta będzie miała skutek. Bo jakież są np. następstwa kradzieży? Są one bez­pośrednie i pośrednie. Następstwo bezpośrednie, jak tego słuszność wymaga, polega na zwrocie przed­miotu skradzionego, lub na zwrocie jego wartości. Prawodawca sprawiedliwy (a rodzice zawsze po­winni się starać być niemi) wymaga, aby czyn do­bry o ile możności, zagładził poprzednią winę; dla­tego też w wypadku kradzieży wymaganym jest zawsze zwrot przedmiotu skradzionego, lub, jeżeli kar, jakich się spodziewa; po odcierpieniu zaś tych kar, nienawiść i rozdrażnienie, obojętność jego większą jeszcze czynią. Przeciwnie tam, gdzie dzieci rzeczywiście rodziców swych kochają, a to dzięki właściwemu i przyjaznemu z niemi ze strony ro­dziców swych postępowaniu, uczucie jakie dziecko pod wpływem gniewu rodzicielskiego doznaje, nie­ tylko na przyszłość zdoła je od tego rodzaju czy­nów nagannych powstrzymać, lecz nadto samo przez się jest skutecznym. Kara moralna, polega­jąca na tym, że się na czas jakiś straciło tak dro­giego przyjaciela, starczy tutaj zupełnie za karę cielesną, i jest również, a może więcej nawet sku­teczną. Zamiast zwykłych uczuć obawy i urazy, dziecko odczuwa zmartwienie ojca, żałuje, że się stało zmartwienia tego powodem, i pragnie się po­prawić, aby przez to znów dawne stosunki przy­jaźni przywrócić. Zamiast rozbudzać uczucia egoistyczne, których przewaga staje się na świecie źró­dłem występku, rozbudzamy uczucia altruistyczne, zapobiegające wszelkim czynom karygodnym. Tak więc metoda następstw (kar) naturalnych, również dobrze da się do wielkich, jak do małych przewi­nień zastosować; stosując zaś ją potrafimy nie­tylko ukarać, lecz nadto moralnie poprawić wino­wajcę.

To, cośmy powiedzieli, da się w tych kilku sło­wach wyrazić: że dzikość wytwarza dzikość, a łagodność – łagodność.   Dzieci, z którymi się nie obchodzą łagodnie, nie mogą się też stać dobrymi. Postępować z niemi łagodnie i ze współczuciem, jest to rozwijać w nich uczucia szlachetne.

W rządzie domowym, zarówno jak w rządzie politycznym, despotyzm staje się źródłem wielu bardzo przestępstw, które sam następnie karać musi; gdy tymczasem postępowanie łagodne i li­beralne unika powodów do poróżnień, i uszlache­tniając w ten sposób uczucia człowieka, zmniejsza skłonność do przekroczeń prawa. Dawno już John Locke wyrzekł to trafne zdanie: »W wychowaniu, kary surowe mało korzyści przynoszą, a przeciwnie, wiele mogą zaszkodzić; sądzę też, że przy tożsamości innych warunków, dzieci najwięcej ka­rane nie wychodzą na ludzi najlepszych«. Na po­parcie takiego zapatrywania się, możemy przyto­czyć fakt, niedawno przez Rogers’a, kapelana Pensonvillskiego więzienia, ogłoszony, a mianowicie, że młodzi zbrodniarze, którzy ulegli karze chłosty, najczęściej do zbrodni powracają. Przeciwnie, bło­gie skutki postępowania bardziej łagodnego stwier­dza inny fakt, który nam opowiadała pewna osoba w Paryżu. Przepraszając za niepokój jaki nam spra­wiało dziecko, z którym niemożna było sobie dać rady ani w domu, ani w szkole, mówiła, iż nie widzi innego sposobu poprawienia go, nad ten, ja­kiego użyła względem starszego swego syna, po­syłając go do jednego z zakładów wychowawczych w Anglii. Starszy ten syn był również niesfornym i także niemożna było z nim poradzić w zakładach naukowych Paryża. Nie wiedząc już jak postąpić, posłano go do Anglii, skąd powrócił równie do­brym, jak pojechał zepsutym. Zmianę tę matka przypisywała stosunkowej łagodności postępowania z dziećmi w Anglii.

Po przedstawieniu tych zasad, nie możemy le­piej użyć miejsca, które nam zostaje, jak podając kilka prawideł; dla krótkości zaś, prawidła te po­dajemy w formie rad praktycznych. Nie oczekujmy od dziecka wysokiego stopnia doskonałości moral­nej. W pierwszych latach życia, człowiek każdy przebywa te rozmaite fazy charakteru, jakie całe plemię, do którego należy, przebywało. Jak rysy dziecka, płaski nos, nozdrze wydęte, grube wargi, oczy daleko od siebie osadzone, brak kąta twarzo­wego i t. d., przez pewien czas pozostają rysami dzikiego, tak samo jego uczucia przez pewien czas mało się różnią od uczuć i instynktów dzikiego. Stąd skłonność do okrucieństwa, kradzieży, kłam­stwa, tak pospolita pomiędzy dziećmi, skłonność, która nawet bez wpływu wychowania zmniejszy­łaby się w wieku późniejszym, wraz ze zmianą ry­sów twarzy. Powszechne mniemanie, że dzieci są zupełnie »niewinne« — słuszne, jeżeli mówimy o świadomości złego, a więc o poczytalności; zu­pełnie jest mylnym, jeżeli mówimy o instynkcie czyli skłonności do złego. Dość jest kilka chwil w po­koju dziecinnym spędzić, aby się o tern przekonać.

Małe chłopaki, pozostawione bez dozoru w szkole, obchodzą się ze sobą bardziej okrutnie, niżby to czynili ludzie dorośli; a gdyby je pozostawiono bez opieki w wieku jeszcze młodszym, okrucieństwo to stałoby się jeszcze bardziej wyraźnym.

Nie tylko śmiesznością by było oczekiwać od dzieci wygórowanych pojęć o doskonałości moralnej, lecz niewłaściwym jest nawet zbyt wiele od nich w tym względzie wymagać. Dzisiaj uznajemy wszyscy zgu­bne skutki przedwczesnej dojrzałości umysłowej: należy też poznać, że przedwczesna dojrzałość mo­ralna, również złe skutki wywiera. Nasze wyższe zdolności moralne, zarówno jak wyższe zdolności umysłowe, stosunkowo są bardzo złożone, skutkiem zaś tego, rozwój ich koniecznie musi się opóźniać. Przedwczesne kształcenie się jednych, zarówno jak drugich, odbywać się musi kosztem przyszłego rozwoju. Stąd to dziś powszechne zjawisko, że dzieci, które z początku zbyt wiele obiecywały, następnie z wiekiem ulegają niewytłumaczonej na pozór zmianie ku gorszemu tak, iż w końcu dają się innym, pod względem umysłowym i moralnym, prześci­gnąć; gdy przeciwnie ludzie wielkiego charakteru i potężnego umysłu, w dzieciństwie mc szczegól­nego nie zapowiadają.

Poprzestańmy więc na środkach umiarkowanych i na umiarkowanych wynikach. Pamiętajmy o tern, że moralność wyższa, tak samo jak wyższa umysłowość, powinna być owocem długiego rozwijania się zdolności człowieka, a wówczas potrafimy być wyrozumiali na wszelkie niedoskonałości, jakie na każdym kroku dzieci okazują. Mniej będziemy skłonni do wymówek, gróźb i zakazów bezustan­nych, które w domu stanowią źródło ciągłego roz­drażnienia i które mają niby na celu zrobienie z dzieci tego, czym być powinny.

Liberalna forma rządów rodzicielskich, polega­jąca na unikaniu despotycznego kierowania naj­mniejszymi szczegółami postępowania dziecka, jest koniecznym wynikiem zalecanego przez nas sy­stemu. Poprzestańmy na czuwaniu nad tym, aby dziecko zawsze doznawało naturalnych następstw swego postępowania, a nie dopuścimy się tak po­spolitego błędu nadużywania władzy rodzicielskiej. Pozwólmy dziecku uczyć się jak najwięcej za po­mocą własnego doświadczenia; bo przez to ustrze­żemy je od sztucznej cnotliwości, którą zbyteczne panowanie w naturach łagodnych wytwarza, lub też od usposobienia krnąbrnego i nieprzyjaznego, jakie się pod wpływem takiego panowania w na­turach nieugiętych wytwarza.

Starając się zawsze o pozostawienie wolnego biegu oddziaływaniom naturalnym postępowania dziecka, potrafimy też szczęśliwie nad własnym charakterem panować. Metoda wychowania moral­nego, stosowana przez wielu, a być może większość nawet rodziców, zwykle polega tylko na objawia­niu swego gniewu pod wpływem uniesienia chwi­lowego. To też objawy takiego gniewu bywają bar­dzo rozmaite i zmienne. Bicie, popychania, szorst­kie wyrazy, które mają służyć do ukarania dzie­cka za jego złe postępowanie (nieraz zupełnie nie­słusznie), najczęściej są tylko objawem uczuć, nad którymi ojciec lub matka zapanować nie mogą, i są raczej wynikiem chwilowego usposobienia i hu­moru, niż chęci uszczęśliwienia dziecka. Lecz jeżeli w każdym wypadku nagannego ze strony dziecka postępku zechcemy się nad tym zastanowić, jakie mogą być naturalne tego postępku następstwa, i w jaki sposób następstwa te można dla dziecka uczynić bardziej dotkliwymi, przez zastanowienie się takie zyskamy trochę na czasie, a to da nam możność zapanowania nad sobą; pierwotne pod wpływem gniewu namiętne poruszenie zamieni się w uczucie mniej gwałtowne, a tym samem tru­dniej nam będzie unieść się i zboczyć z właściwej drogi.

Nie starajmy się jednak być tylko biernym na­rzędziem. Pamiętać należy, że oprócz oddziaływań naturalnych, następujących koniecznie po czynach dziecka, oddziaływań, którym dziecko zawdzięcza znajomość naturalnego następstwa faktów, nasze pochwały lub nagany stanowią także pewnego ro­dzaju oddziaływania naturalne i są środkiem ko­niecznie potrzebnym do kierowania postępowa­niem dziecka. Walczymy tylko przeciwko tej błę­dnej metodzie, która polega na zastępowaniu kar, jakie sama przyroda wymierza, przez kary sztu­czne i gniew rodzicielski. Lecz jeżeli kary sztuczne nie powinny kar naturalnych zastępować, nie idzie jeszcze za tym, aby te kary sztuczne i gniew ro­dzicielski nie miały im, w pewnym względzie to­warzyszyć. Chociaż kara drugorzędna nie powinna sobie przywłaszczać miejsca kary pierwszorzędnej, może jednak ją do pewnego stopnia uzupełniać. Słowa nasze i postępowanie powinny być wyra­zem odczuwanego przez nas zmartwienia lub obu­rzenia, lecz w takim tylko stopniu, w jakim je od­czuwamy, i w tych tylko razach, kiedyśmy się o słu­szności naszych uczuć przekonali.

Rodzaj i stopień uczuć niezawodnie od naszego charakteru zależy, na nic by się przeto nie zdało rozprawianie o tym, że ludzie w taki lub inny spo­sób czuć powinni. Pomimo to należy pracować nad zmianą naszych uczuć i nad doprowadzeniem ich do tego, czym w naszym przekonaniu być powinny. Strzeżmy się jednak dwóch ostateczności. Z jednej strony unikajmy tej słabości charakteru, tak po­spolitej pomiędzy matkami, które gniewając się lub przebaczając dziecku, zawsze powodują się natchnie­niem chwili; z drugiej znów strony, nie okazujmy niezadowolenia i oziębłości zbyt długo, bo dziecko nie przywykło do obywania się bez naszego przy­wiązania i abyśmy przez to nań wpływu nie utra­cili. Uczucia wywołane w nas postępowaniem dzie­cka, które mu następnie okazujemy, powinny o ile możności zbliżać się do tych, jakie by okazywał idealny typ ojca. Bądźmy umiarkowani w rozka­zach. Rozkazujmy wtedy tylko, gdy inne środki nie dały się zastosować, lub skutku nie odniosły. »Zbyt wielka liczba rozkazów, powiada Richter, raczej korzyść rodziców, niż dobro dzieci ma na względzie«.

Jak w społeczeństwach pierwotnych pogwałce­nie praw bywa karane nie z tego głównie powodu, że samo przez się jest czynem występnym, lecz raczej dlatego, że dowodzi nieuszanowania dla po­wagi królewskiej, że jest jakby rokoszem przeci­wko władzy najwyższej; tak też w wielu rodzi­nach, kara wymierzaną bywa nie skutkiem kary-godności postępku i nie w celu poprawy wino­wajcy, lecz głównie skutkiem gniewu, wywołanego nieposłuszeństwem. Posłuchajmy, jak przemawiają nauczyciele i rodzice: »Jak śmiesz mnie nie słu­chać! Powiadam ci, że będziesz musiał to zrobić! Nauczę cię, kogo słuchać należy!« a następnie, za­stanówmy się nad tymi wyrazami, tonem jakim się wymawiają i towarzyszącymi im ruchami. Więcej się w nich przebija chęci samowładnego panowa­nia, niż dbałości o dobro dziecka W chwili takiego strofowania, usposobienie ojca lub nauczyciela mało się różni od usposobienia despoty, pragnącego uka­rać nieposłusznego poddanego. Sprawiedliwego ojca przeciwnie, porównać możemy do prawodawcy lu­dzkiego, który się cieszy nie z możności wymierzania kar, lecz z tego, że kary stały się już niepo­trzebnemu Prawodawca taki nie wydaje ustaw, je­żeli inaczej może kierować postępowaniem swych poddanych, i z żalem ustawy ogłasza, gdy się do tego czuje być zmuszonym. Richter powiada, »że najlepszy sposób rządzenia polega na rządzeniu umiarkowanemu, a powiedzenie to jego da się zu­pełnie do wychowania zastosować.   Ojciec rozsą­dny, którego pojęcie obowiązku powstrzymuje od żądzy panowania, wszelkich usiłowań dołoży, aby dzieci jego, o ile możności, same sobą się rządziły, i w ostateczności tylko będzie się do swej władzy nieograniczonej uciekał.   Jeżeli atoli zmuszeni bę­dziemy rozkazywać, rozkazujmy zawsze stanowczo i bezwzględnie. Jeżeli inaczej postąpić nie możemy, wymówmy nasze fiat; lecz skorośmy już raz to słowo wyrzekli, nigdy już go nie odwołujmy. Dlatego to zawczasu potrzeba się dobrze nad tym za­stanowić, co zamierzamy uczynić;  lecz skoro już prawo ogłaszamy, musimy koniecznie wymagać, aby je szanowano i wykonywano. Niech nasza po­waga będzie tak niezachwianą, jak niezachwianą jest powaga przyrody. Węgiel rozżarzony parzy dzie­cko, które się doń po raz pierwszy dotyka; parzy je po raz drugi, trzeci, i tak zawsze: skutkiem zaś tego dziecko wkrótce nabiera doświadczenia, że nie trzeba się rozżarzonych węgli dotykać. Jeżeli my równie stale postępować będziemy, jeżeli z je­dnakową ścisłością będziemy przestrzegali wyko­nania wszystkich naszych rozkazów, dziecko wkró­tce nauczy się szanować nasze rozporządzenia, tak jak się nauczyło szanować prawa natury. Takie zaś poszanowanie raz ustalone, zapobiec zdoła w rodzinie nieskończonym przykrościom.

Ze wszystkich błędów w wychowaniu, najgor­szym jest brak konsekwencji; zarówno jak w spo­łeczeństwie zbrodnie się mnożą, jeżeli niema wy­raźnego i stałego wymiaru sprawiedliwości, tak też w rodzinie niezmierna liczba wykroczeń bywa wy­nikiem chwiejnego i nieporządnego wyznaczania kar. Matka słaba, która ciągle straszy karami, lecz rzadko je wykonywa; która porywczo wydaje roz­kazy, a następnie sama tego żałuje; która wzglę­dem jednego i tego samego przestępstwa raz jest zbyt łagodną, drugi raz zbyt surową, a to stoso­wnie do chwilowego usposobienia, dla siebie i dla dziecka gotuje tysiączne nieszczęścia. Przede wszystkim dziecko przestaje ją szanować, następnie ma tka taka daje dziecku przykład nieumiejętności pano­wania nad sobą; ośmiela je do nieposłuszeństwa; przez spodziewaną bezkarność zachęca je do wielu występków, oddziaływujących zgubnie na jej, jako też na dziecka charakter; doprowadza umysł jego do stanu chaotycznego, stanu, który następnie z tru­dnością i tylko za pomocą gorzkiego doświadczenia da się jakkolwiek uporządkować. Lepszym jest po­stępowanie barbarzyńskie, lecz zarazem porządne i systematyczne, niż postępowanie bardziej łagodne, lecz chwiejne i lekkomyślne zarazem. Raz jeszcze powtarzamy: należy unikać środków przymuso­wych, dopóki to jest możliwym; lecz skoro już środki takie zostały przyjęte, skoro już despotyzm uznaliśmy za niezbędny, potrzeba już umieć być despotą konsekwentnym.

Pamiętajmy, że celem wychowania musi być utworzenie istoty, która by sama nad sobą panować umiała, nie zaś istoty, którą by inni rządzić ‚mieli. Gdyby dziecko nasze przeznaczone było do życia niewolniczego, musielibyśmy je zawczasu do służalstwa wprawiać; lecz ponieważ musi ono zostać człowiekiem wolnym, ponieważ nie będzie miało przy boku swoim kogoś, kto by codziennych jego czynności pilnował; musimy przeto wszelkich sta­rań dokładać, aby dopóki jeszcze wpływowi naszemu ulega, przyuczać je do czuwania nad sobą. Okoliczność ta sprawia właśnie, że system następstw naturalnych tak zupełnie zgadza się ze stanem spo­łecznym, do jakiego doszliśmy w Anglii. W czasach feudalizmu, gdy obywatele najwięcej swych zwierz­chników obawiać się musieli, bardzo stosownie od­wet ze strony rodziców uważano jako najlepszy środek pozyskania uległości dzieci. Lecz dzisiaj, gdy obywatel nie ma się już kogo obawiać, gdy szczę­ście swe lub nieszczęście, prawie zawsze własnemu swemu postępowaniu zawdzięczać musi, potrzeba od lat najmłodszych, przy pomocy doświadczenia, dążyć do poznania dobrych i złych następstw ta­kiego lub innego czynu. Starajmy się więc, aby skoro tylko staje się to możliwym, rząd rodziciel­ski ustępował miejsca umiejętności kierowania własnym postępowaniem, polegającej na znajomości i przewidywaniu następstw.

W pierwszym okresie dzieciństwa zachodzi po­trzeba rządu prawie nieograniczonego. Niemożna na to pozwolić, aby trzyletni chłopczyna, bawiący się brzytwą, mógł doznać wielkich naturalnych na­stępstw takiej zabawy i aby w ten sposób uczył się doświadczenia, ponieważ następstwa tutaj byłyby zbyt niebezpieczne. Lecz w miarę rozwijania się umysłowości, takie stanowcze zapobiegania powinny stawać się coraz rzadszymi, tak, aby w chwili doj­ścia do dojrzałości, zupełnie już nie istniały. Wszel­kie przejścia gwałtowne są niebezpieczne; najniebezpieczniejszym zaś jest gwałtowne przejście od uległości władzy rodzicielskiej do niezależności w świecie. Stąd więc wypływa konieczność postę­powania podług wskazanych przez nas zasad, po­nieważ postępowanie takie, uzdolniające młodego człowieka do panowania nad samym sobą i dające mu możność coraz częstszego ćwiczenia tej zdol­ności, a to bez obcej pomocy, łagodzi zwykle tak gwałtowny i niebezpieczny przeskok od wieku mło­docianego, w którym człowiek musi ulegać wpły­wom zewnętrznym do wieku dojrzałości, kiedy czło­wiek od siebie już zależy i do wymagań swego rozumu stosować się powinien. Dzieje naszego prawodawstwa domowego niech będą na małą skalę odtworzeniem dziejów naszego prawodawstwa po­litycznego: z początku samowładztwo, bo wówczas istotnie jest ono potrzebnym, wkrótce potem rząd konstytucyjny, bo wolność osobista poddanych zo­staje już do pewnego stopnia uznaną, następnie ciągły wzrost wolności osobistej, kończący się zupełnym ustaniem władzy królewskiej.

Niech nas nie martwi zbyt wielka nieuległość, którą tak często w dzieciach naszych spostrzegamy. Zgadza się ona z tak widoczną w wychowaniu współczesnym dążnością rodziców do zmniejszenia środków przymusowych. Dążność do swobody po­stępowania z jednej strony, odpowiada dążności do zaprzestania tyranii z drugiej. Zarówno jedna jak druga dowodzą, że w wychowaniu ludzkość zmierza do wskazanego przez nas systemu wycho­wania, systemu, wymagającego ze strony dzieci postępowania coraz bardziej samodzielnego, bo opartego na własnym doświadczeniu; zarówno je­dna jak druga są owocem naszego bardziej dosko­nałego stanu społecznego. Wolne dziecko angiel­skie będzie kiedyś ojcem również wolnego Anglika; inaczej być nawet nie może. Profesorowie nie­mieccy utrzymują, że wolą wychowywać dwuna­stu Niemców, niż jednego Anglika. Czyż mamy z tego powodu żądać, aby nasza młodzież posia­dała łagodność właściwą młodzieży niemieckiej, i aby następnie, w wieku dojrzałym, była jak ta ostatnia niewolniczą? Czyż nie lepiej pobłażliwiej spoglądać na te uczucia, które wytwarzają z dzieci ludzi wolnych i starać się do nich nasze metody wychowawcze zastosować.

Wreszcie, zawsze, o tym pamiętać należy, że wychowanie dziecka nie jest rzeczą łatwą i prostą, lecz przeciwnie rzeczą niezmiernie trudną i zło­żoną; jest to najtrudniejsze z pomiędzy wszystkich zadań, których spełnienie włożone jest na doro­słych. Zwykły sposób postępowania z dziećmi go­dzien jest chyba umysłów najmniej wykształco­nych. Bicie i łajanie, są to środki, zarówno uży­wane przez dzikiego, jak przez najbardziej ograni­czonego włościanina. Nawet zwierzęta w ten spo­sób z dziećmi postępują, jak to widzimy na suce, warczącej i kąsającej z lekka swe zbyt natrętne szczenięta. Lecz jeżeli pragniemy skutecznie stoso­wać system racjonalny, właściwy ludziom ucywi­lizowanym, musimy się przygotować do wielkiej pracy umysłowej; sami potrzebujemy wiele umieć, mieć umysł wykształcony i posiadać władzę pano­wania nad sobą. Ciągle trzeba rozważać, jakie wy­niki, w życiu człowieka dorosłego, towarzyszą jego rozmaitym czynom, pracować nad tym, aby zu­pełnie takie wyniki towarzyszyły czynom własnych naszych dzieci. Potrzeba ciągle badać pobudki po­stępowania dziecka, odróżniając czyny prawdziwie dobre od tych,, które się tylko takimi wydają, lecz w rzeczy samej powstają pod wpływem uczuć niż­szego rzędu; trzeba przy tym umieć wystrzegać się wielkiego błędu, jaki ludzie zwykli popełniać, uważając za złe, czyny obojętne dziecka i przypisując dzieciom uczucie gorsze niż te, jakie istotnie po­siadają. Potrzeba mniej lub więcej zmieniać nasza metodę, dlatego, aby ją można było do szczegól­nych usposobień i zdolności każdego dziecka za­stosować, i być przygotowanymi do coraz to no­wych zmian, w miarę rozwijania się i przekształ­cania tych zdolności. Potrzeba niezachwianej wiary w skuteczność naszej metody, aby stosując ją, wy­trwać do końca i nie zrażać się tym, iż na pozór żadnych, albo mało przynajmniej przedstawia ko­rzyści.

Szczególniej, jeżeli się ma przed sobą dzieci, które przed tym nierozumnie były wychowywane, trzeba się w olbrzymią cierpliwość uzbroić, bo wiele czasu upłynie, zanim doczekamy się wyników tej lepszej metody; jasną jest bowiem rzeczą, że za­danie tak trudne w wypadku, kiedy mamy do czy­nienia z dziećmi nie zepsutymi, musi stać się sto­kroć trudniejszym, jeżeli dzieci mają wyobrażenia i uczucia spaczone. Nie tylko potrzeba zastanawiać się nad pobudkami czynów naszego dziecka, lecz jednocześnie usiłować poznać pobudki własnego naszego postępowania, a to dlatego, ażeby umieć odróżnić uczucia, wynikające z prawdziwego przy­wiązania rodzicielskiego, od uczuć będących wyni­kiem egoizmu, potrzeby wypoczynku, lub zamiło­wania do rozkazywania. Następnie, a zadanie to bardziej jeszcze jest trudnym, skoro poznamy pra­wdziwą naturę naszych uczuć, musimy te z po­między nich pokonać, które szkodliwymi nam się wydadzą. Jednym słowem, wychowując dzieci, mu­simy zarazem nad własnym udoskonaleniem pra­cować.

Ażeby podołać temu zadaniu, najbardziej z po między wszystkich skomplikowanemu, potrzeba nam będzie gruntownie poznać przyrodę ludzką i jej prawa takie, jakie w dziecku naszym, w nas parnych i w ludzkości całej dostrzegamy. Z pun­ktu widzenia moralności, trzeba nam będzie ciągle [odwoływać się do naszych uczuć najbardziej szla­chetnych i walczyć z uczuciami niższego rzędu. IW końcu, jedną jeszcze prawdę poznać musimy, a mianowicie, że ostatniego szczebla rozwoju umy­słowego mężczyzny zarówno jak kobiety, nie mo­żna osiągnąć inaczej, jak spełniając obowiązki ro­dzicielskie. Kiedy prawda ta zostanie powszechnie uznaną, ludzie się przekonają, jak podziwienia godnym jest ten porządek rzeczy, który za pomocą najdroższych uczuć, bo przywiązania rodzicielskiego, skłania człowieka do uległości środkom karnym, których by inaczej przyjąć nie chciał.

Podczas, gdy jedni z powątpiewaniem poglądać będą na nasz system, sądzimy, że inni będą tu wi­dzieli wzniosły ideał prawdy, oczekujący urzeczy­wistnienia. Fakt, że system ten nie może być urze­czywistniony za sprawą ludzi namiętnych, krótko-widzących i niezdolnych kochać, że wymaga on pełni wyższych przymiotów natury ludzkiej, dowo­dzi, że przydać się może tylko dla społeczeństw wy­soko wykształconych. Chociaż urzeczywistnienie jego wielkiej pracy i poświęcenia wymaga, za to obiecuje plon obfity i uszczęśliwienie ludzkości. Podczas gdy błędny system wychowawczy jest plagą dla ro­dziców i dzieci, system właściwy jest zarówno do­broczynnym dla tych, którzy się wychowaniu dzieci oddają, jak i dla tych, którzy wychowanie to od­bierają.


[1] Oto argument, którym poniekąd starają się usprawiedliwić szorstkie i niewłaściwe obchodzenie się z chłopcami w naszych szkołach publicznych: w szkole, powiadają, dzieci na małą skalę poznają świat, a cierpienia, jakich tutaj doświadczają, przyuczają je do cierpień w życiu późniejszym. Przyznać należy, że argument ten ma pewną podstawę, lecz podstawa ta zbyt jest niewystarczającą. Rzeczywiście, karność domowa lub szkolna, chociażby trochę łagodniejszą od karności światowej być powinna, a tymczasem, przeciwnie, karność zakładów wychowawczych w Eton, w Winchesterze, w Harrow itd. surowszą jest i bardziej niesprawiedliwą od zwyczajnych warunków życia. Zamiast współdziałać z postępem ludzkości, co powinno być zadaniem wszelkiego wychowania, system przyjęty w naszych szkołach publicznych, dąży do oswajania dzieci z despotyczną formą rządu, z panowaniem siły i tym samem przysposabia je do stanu społecznego, o wiele niższego od istniejącego obecnie. Ponieważ zaś nasza władza prawodawcza składa się przeważnie z ludzi wychowanych w tych szkołach, przeto ich wpływ utrudnia postęp narodu.